Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jezus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jezus. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 kwietnia 2019

Dobry Łotr - Nadzieja - Kazanie pasyjne


„Gdy przyszli na miejsce zwane ‘Czaszką’. ukrzyżowali tam Jego i złoczyńców, jednego po prawej, drugiego po lewej jego stronie”. Jednemu z nich, tak zwanemu Dobremu Łotrowi, tradycja przypisała imię Dyzma. Pierwsze spisy świętych nie zawierały informacji o Dobrym Łotrze. Dopiero Ojcowie Kościoła, jak św. Ambroży, św. Atanazy Wielki, św. Hieronim, św. Leona I Wielki, św. Jan Chryzostom, św. Maksym z Turynu, posługiwali się przykładem Dobrego Łotra w swoich kazaniach i pismach. Kościół Wschodni czci Dobrego Łotra jako męczennika, natomiast w Kościele Zachodnim wspominamy w liturgii Świętego Dobrego Łotra. Czym więc zasłużył sobie na to wszystko Dobry Łotr?
Odpowiedź odnajdujemy w Ewangelii wg. św. Łukasza. Kiedy drugi łotr, którego określamy złym urągał Jezusowi, ten dobry upomniał swojego kompana: „Ty nawet Boga się nie boisz, chociaż tę samą karę ponosisz? My przecież – sprawiedliwie, odbieramy bowiem słuszną karę za nasze uczynki, ale On nic złego nie uczynił”. Pomimo cierpień fizycznych, Dobry Łotr uznaje, że słusznie ponosi karę, upomina więc drugiego złoczyńcę. Można być fizycznie blisko Boga samego, ale wnętrzem, swoim duchem być oddalonym. Kiedy zatracamy sprzed oczu miłosierne spojrzenie Jezusa, albo inaczej: kiedy nie chcemy dostrzec pełnego miłości spojrzenia Boga, wtedy złorzeczymy, jesteśmy wciąż niezadowoleni i coraz bardziej popadamy w egoizm, czyli w miłość siebie samych. Stajemy się więc nieszczęśliwi, bo zatracamy coraz bardziej sens naszego życia. Jesteśmy pretensjonalni, karmimy się kolejnymi informacjami o tym, co się komu nieudało.
A w końcu zaczynamy narzekać na Boga i Kościół, pojmowany jako wspólnotę i instytucję, traktując Kościół na równi z instytucjami życia publicznego. Czasem może robimy to nieświadomie, ale coraz więcej osób z pełną premedytacją atakuje ludzi Kościoła. Często takim sytuacjom jesteśmy winni sami sobie.
Dobry łotr, który zrozumiał swoje grzechy, wyznaje wiarę w Boga, rozumie, że tuż obok na drugim krzyżu przybity jest Bóg, dlatego prosi Go: „Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa”. Jak czytamy dalej w relacji św. Łukasza: „Jezus mu odpowiedział: ‘Zaprawdę, powiadam ci: Dziś będziesz ze Mną w raju”. Dobry Łotr staje się więc świadectwem miłosierdzia i znakiem, że miłosierna miłość Boga czeka na każdego człowieka. Bóg przychodzi z pomocą do każdego, kto szczerym sercem woła do Niego o pomoc. Co więcej, Bóg dał się przybić do krzyża, by pokazać każdemu z nas, że życie swoje oddaje, abyśmy mogli żyć wiecznie. W raju jest miejsce dla wszystkich ludzi, którzy chcą w nim zamieszkać. Raj oznacza bycie z Jezusem. Także na ziemi, choć cierpimy i ponosimy trudy naszej codzienności. Czasem ktoś mówi: „Ja na pewno nie pójdę do nieba, bo popełniłem tyle grzechów, że Bóg mi ich nie przebaczy” - sam nie chcesz, by Bóg ci je przebaczył. Lubisz po prostu siedzieć w fetorze grzechów. Św. Filip Nereusz mawiał, że wyczuwa grzech węchem a gdy jakiś zatwardziały grzesznik przychodził do niego i nie chciał się szczerze wyspowiadać, św. Filip miał mawiać, że czuje fetor, smród grzechów i trzeba je wyznać, aby żyć w radości Bożej.
Mawiamy, że „prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie”. Dobry Łotr na krzyżu zaprzyjaźnił się z Jezusem. Połączyła ich wspólna droga, podczas której dźwigali krzyżową belkę, połączył ich ból i cierpienie. Łotr dostrzegł, że Jezus cierpi tak jak on, może otrzymał szczególną łaskę na ten czas i poznał, że to Bóg, prawdziwy Mesjasz, który cierpi dla zbawienia świata.
Kardynał Ratzinger w książce „Jezus z Nazaretu” pisze, że „w dziejach chrześcijańskiej pobożności dobry łotr stał się obrazem nadziei i pocieszającej pewności, że miłosierdzie Boże może nas dosięgnąć także w ostatnim momencie – pewności, że nawet po chybionym życiu człowiek nie na próżno modli się o dobroć Boga”. A co my robimy, gdy słyszymy o nawróceniach? Mówimy: „To niemożliwe!”. Sami czasem nie chcemy skorzystać z łaski, jaką daje nam Bóg i innym zastawiamy drogę dojścia do Pana Boga. A Dobry Łotr uczy nas nadziei życia wiecznego. Uczy nas tego, że nawet jeśli po ludzku życie sobie zmarnujemy, to jeszcze jest ta ostatnia szansa, to ostatnie wołanie do Boga, by wspomniał na mnie w swoim Królestwie. Ta chrześcijańska nadzieja nie umiera. „A nadzieja zawieść nie może – powie Apostoł Paweł – ponieważ miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany”. Każdego z nas Bóg kocha i każdy z nas słyszy słowa: będziesz ze mną w raju… Dziś trzeba nam odpowiedzieć na jedno zasadnicze pytanie: czy chcę żyć wiecznie z Bogiem?

sobota, 13 kwietnia 2019

Jezus - Serce - Kazanie pasyjne


„Jezus[…] rzekł: ‘Dokonało się!’ I skłoniwszy głowę, oddał ducha” – tak ostatnie chwile ziemskiego życia Jezusa relacjonuje Jan Ewangelista. A za chwilę, jako jedyny, dodaje, co się działo z ciałami skazańców po śmierci. „Przyszli więc żołnierze i połamali golenie tak pierwszemu, jak i drugiemu, którzy z Nim byli ukrzyżowani. Lecz gdy podeszli do Jezusa i zobaczyli, że już umarł, nie łamali Mu goleni, tylko jeden z żołnierzy włócznią przebił Mu bok, a natychmiast wypłynęła krew i woda”. Przebity bok Jezusa utożsamia się z Jego przebitym sercem, z którego popłynęły krew i woda – symbole sakramentów, szczególnie zaś Eucharystii. 
Określenie hesed oznacza miłosierdzie, które jest jak skała, która nawet nie drgnie, gdy wokół dzieją się różne rzeczy. Bóg jest Tym, do którego możemy zawsze wrócić. Szczególnym czasem powrotu jest Wielki Post. Możemy – niczym marnotrawny syn – wrócić do Ojca i zostać na nowo przyjęci na tych samych zasadach i z tą samą miłością jak przed odejściem.

Każdemu zapewnie, jak tu jesteśmy, serce kojarzy się z organem ludzkim, odpowiedzialnym za przepompowywanie krwi niosącej tlen i składniki odżywcze do wszystkim komórek organizmu. Serce kojarzy nam się z EKG, z zawałem, chorobami czy wadami, a w końcu z przeszczepem.
Młodzi – chłopak czy dziewczyna – wzajemnie „walczą” o swoje serca. Mawiamy, że ktoś ma serce z kamienia, inny serce zimne jak lód. A o jeszcze innym człowieku powiemy, że ma otwarte serce, gołębie serce, gorące serce… Jedno serce, a tak wiele znaczeń w naszym życiu.
W tradycji hebrajskiej serce oznacza wnętrze człowieka, zawiera jego myśli, wspomnienia, zamiary i decyzje. Serce jest miejscem osobowości człowieka, w którym zawiera się prawo niepisane i wolna wola człowieka. Często serce utożsamiane jest z sumieniem, miejscem spotkania Boga z człowiekiem. Na kartach Pisma Świętego najczęściej serce występuje w swoim znaczeniu przenośnym, oznaczającym owe wnętrze człowieka.
Chrystus, który jest prawdziwym Bogiem, jest także prawdziwym człowiekiem, w którym bije serce jako organ. Jezus posiada szczególne serce, które potrafi miłować każdego człowieka, bez względu na jego życie. Jezus kocha każdego z nas, dlatego dał się przybić do krzyża, dlatego Jego serce zostało tak wyniszczone przez mękę.
W dobrze znanej nam pieśni śpiewamy: „Serce Twe, Jezu, miłością goreje, Serce Twe w ogniu miłości topnieje, a nasze serca zimne jak lód, i próżny zda się Twej męki trud”. Czy na pewno zbawczy trud pasji Jezusa Chrystusa jest zbędny, bez sensu? Może wydawać się, że tak, bo człowiek nie jest w stanie odpowiedzieć na tak ogromny dar miłości. Boże serce doznaje od nas nieustannie wzgardy i niewdzięczności przez grzechy, które popełniamy.
Serce Jezusa jest więc symbolem tej ogromnej miłości, jaką Bóg obdarował każdego z nas. Przez wieki Jezus poświadczał tę miłość swoimi objawieniami i działaniem. W roku 1675 Jezus ukazał się ze swoim Sercem świętej Małgorzacie Marii Alacoque. Jezus żądał, aby ustanowić w piątek po oktawie Bożego Ciała święto ku czci Jego Serca. Stało się tak dopiero w 1856 roku, a wcześniej o sto lat, ustanowiono to święto w Polsce na prośbę biskupów. Myślę, że warto tu zaznaczyć, że w naszej ojczyźnie naród trzykrotnie poświęcał się opiece Serca Jezusowego, dziękując za wszelkie dobrodziejstwa i prosząc o dalszą opiekę.
Inną świętą, której Jezus mówił o swoim Sercu, jest święta siostra Faustyna Kowalska. Można powiedzieć, że dla niej Jezus pozostawił to, co najważniejsze – ukazał jej swój najpiękniejszy przymiot, jakim jest miłosierdzie. Pojęcie „miłosierdzie” oznacza w dawnej polszczyźnie „miłe serce”.
Hebrajski termin hesed, jakim oznaczano miłosierdzie, wyraża wzajemną miłość osób pozostających sobie absolutnie wiernymi. Można by rzec, że jest to mocne, fundamentalne określenie miłości, posiadającej konkretne zobowiązania co do drugiej osoby. Bóg jest Tym, który dochowuje wierności, nawet gdy my jej nie dochowujemy.
Drugi hebrajski termin określający miłosierdzie – rahamim to przywiązanie jednego stworzenia do drugiego, jest to pełna uczucia miłość, delikatna i wrażliwa jak miłość matki. Warto tu zaznaczyć, że owe pojęcie wywodzi się od rehem, co oznacza matczyne łono. Wyraża się poprzez konkretne działania na rzecz osób znajdujących się w trudnej sytuacji lub w przebaczaniu urazów.
Bóg jest Tym, który darzy nas swoim miłym sercem, do którego wszyscy możemy przylgnąć, przy którym chcemy odpoczywać i nabierać sił na kolejne dni naszego życia. W końcu Bóg jest tym, który działa w naszym życiu, kiedy czegoś nam potrzeba. Wystarczy, że będziemy ufali w Jego Słowa i wypełniali Jego przykazania, że będziemy trwać wiernie przy Nim jak przy Miłosiernym Ojcu. Jest to możliwe, jeśli w pełni ufamy Bogu i chcemy podejmować Jego wolę w naszym życiu. Nie zawsze łatwą, ale niosącą dla nas pożytek.
Każdego dnia odpowiadamy na miłość Boga poprzez miłość do drugiego człowieka. Wielu z nas każdego dnia służy sobie wzajemnie w miłości, dzieląc się swoim sercem, swoim wnętrzem. Rozmawiałem niegdyś z moją starszą znajomą, schorowaną, podpierającą się na kuli. Zapytałem się, po co codziennie jeździ na drugi koniec miasta, a w odpowiedzi usłyszałem od niej, że codziennie odwiedza swoją przyjaciółkę, z którą zna się już blisko czterdzieści lat. Powiedziała, że ona ma gorzej, bo nie wstaje, nie może chodzić, a póki ona daje radę, to chce jej pomagać. To nie kosztuje zbyt wiele – mówiła, wystarczy posiedzieć, powspominać, porozmawiać, czasem zrobić zakupy, sprzątnąć czy uprać… Zawstydziła mnie, bo wolałbym w tym czasie przesiedzieć przed monitorem komputera. I pewnie wielu z nas tu obecnych wolałoby zostać przy swoim ulubionym serialu czy zajęciu… Cóż, wielu zostało w domach, a przecież Wielki Post zachęca nas do gorliwszej modlitwy, do konkretnych postanowień, do postu i jałmużny, do dzielenia się – nie tylko tym, co posiadam, ale także swoim czasem i zdolnościami. Miłość jest wymagająca, miłość każe nam opuścić nasze wygodne życie i zrobić coś, czego być może nie chcemy. A wszystko z miłości i w miłości… i dla Miłości, jaką jest Bóg.
Kiedy siostra Faustyna przebywała w płockim klasztorze, wieczorem 22 lutego 1931 roku ujrzała Jezusa: „Kiedy byłam w celi, ujrzałam Pana Jezusa ubranego w szacie białej. Jedna ręka wzniesiona do błogosławieństwa, a druga dotykała szaty na piersiach. Z uchylenia szaty na piersiach wychodziły dwa wielkie promienie, jeden czerwony, a drugi biały.[…] Po chwili powiedział mi Jezus: ‘Wymaluj obraz według rysunku, który widzisz, z podpisem: Jezu, ufam Tobie. Pragnę, aby ten obraz czczono najpierw w kaplicy waszej i na całym świecie” (Dz. 47).
Bardzo dobrze znamy ten wizerunek Chrystusa. Obraz przedstawia Jezusa zmartwychwstałego, który niesie nam pokój. Dwa promienie symbolizujące krew i wodę, które wydostają się z serca. Na obrazie jednak serce jest niewidoczne. Te dwa momenty – męka i śmierć oraz zmartwychwstanie Jezusa ukazują nam pełnię Bożej miłości; miłości, która ocala.
W innym miejscu Jezus powiedział do Świętej takie słowa: „W Starym Zakonie (mowa tu o czasach sprzed narodzenia Jezusa) wysyłałem proroków do ludu swego z gromami. Dziś wysyłam ciebie do całej ludzkości z moim miłosierdziem. Nie chcę karać zbolałej ludzkości, ale pragnę ją uleczyć, przytulając ją do swego miłosiernego serca” (Dz. 1588). Siostra Faustyna stała się dla świata – jak nazywa ją Jezus – sekretarką miłosierdzia. Przekazała światu prawdę o niewyczerpanym źródle miłości. Jezus także nakazał, aby zrobiła wszystko, by w pierwszą niedzielę po Wielkanocy ustanowić w Kościele Święto Miłosierdzia. Dopiero Jan Paweł II ustanowił to święto w roku 2000. W tym dniu czytany jest fragment wyjęty z Ewangelii według świętego Jana o przyjściu Jezusa zmartwychwstałego do uczniów. Nie był wtedy w Wieczerniku obecny Tomasz, do którego Jezus przychodzi kolejnym razem. Papież Benedykt jeszcze jako kardynał w jednej ze swoich książek pisał: „Wszyscy jesteśmy Tomaszami, niedowiarkami; ale podobnie jak on, wszyscy możemy dotknąć otwartego Serca Jezusa oraz[...] stanąć przed Logosem. Tak więc kierując nasze ręce i oczy ku Sercu, możemy wyznać naszą wiarę: Pan mój i Bóg mój!”. Niewątpliwie Serce Jezusa, które na krzyżu zostało przebite włócznią, jest dla nas darem, z którego płynie miłosierdzie.
W innym miejscu Jezus powiedział do siostry Faustyny: „Otworzyłem swe serce jako żywe źródło miłosierdzia, niech z niego czerpią wszystkie dusze życie, niech się zbliżą do tego morza miłosierdzia z wielką ufnością” (Dz. 1520). Te słowa Jezusa pokazują nam, co fascynującego jest w Jego sercu. Odpowiedź znamy – to miłosierdzie, z którego czerpać możemy życie. Z Jezusowego Serca wypływa krew i woda. Woda symbolizuje oczyszczenie, krew natomiast daje życie duszy. Każdy z nas może zanurzyć się w miłosierdziu Bożym, aby oczyścić swoją duszę i na nowo znaleźć życie Boże. Możemy to czynić ilekroć zachodzi potrzeba. Ile razy zbrudzimy się grzechem, tylekroć możemy obmyć się w łasce miłosierdzia w sakramencie pokuty i pojednania. Jezus czeka na nas zawsze. Tak bardzo nas kocha. Tak pokorna jest Jego miłość, że mimo wciąż wystawiania ją na próbę, jest coraz silniejsza.
Dlaczego Serce Jezusa pełne miłosierdzia jest dla nas tak ważne? Kardynał Ratzinger trzydzieści lat temu napisał: „W Sercu Jezusa jest istota chrześcijaństwa. Wyraża ono wszystko — to wszystko, co jest prawdziwie nowe i rewolucyjne w Nowym Przymierzu. To Serce przemawia do naszych serc. Zachęca nas do rezygnacji z jałowych wysiłków myślenia o samych sobie i do uczestnictwa w zadaniach wypływających z miłości, do powierzenia się Jemu i z Nim, by odkryć pełnię jedynej miłości, która jest wieczna i podtrzymuje świat”. Te słowa obecnego papieża najlepiej ukazują sens Jezusowego Serca.
„Serce Jezusa – pisał ks. Jan Twardowski – jest jak niewyczerpane źródło. Można z Niego czerpać mało, więcej i bardzo wiele. Wszystko, cokolwiek z Niego czerpiemy, jest nam potrzebne. Możemy nachylić się nad źródłem, uklęknąć i nawet nie kubkiem, ale ręką albo poskładanym okręcikiem z papieru zaczerpnąć trochę wody, zwilżyć spieczone usta i ochłodzić się. Jeżeli zbliżymy się do Jezusowego Serca jak do źródła - zanurzymy lekko rękę w otchłani Serca, na pewno znajdziemy ulgę. Jeżeli zbliżymy się do Jezusowego Serca jak do potoku - wykąpiemy się, obmyjemy z grzechu, cierpienia, choroby i odzyskamy czystość duszy. Można zbliżyć się do Jezusowego Serca jak do gorzkiego morza i z głębiny wydobyć coś bardzo trudnego do przyjęcia, i wtedy najsłodszy Jezus może wydać się najbardziej gorzki. Ale razem z gorzkim doświadczeniem wydobędziemy coś jeszcze – moc przetrwania i siłę, by pokochać wolę Bożą”. Każdy może się więc zbliżyć. Każdy po swojemu.``


poniedziałek, 20 lipca 2015

Jezus na stadionie

W sobotę, 18 lipca 2015 roku, uczestniczyłem w rekolekcjach "Jezus na stadionie", które poprowadził ks. John Baptist Bashobora. Było to wielkie wydarzenie, wielkie uwielbienie Jezusa w mocy Ducha Świętego. Ci, którzy mieli okazję być na tego typu spotkaniach mogą to potwierdzić. Dla mnie osobiście był to czas zwieńczenia rekolekcji kapłańskich, w których wcześniej uczestniczyłem, a które też prowadził ks. John. Był to czas nowej Pięćdziesiątnicy - czas nowego wylania Ducha Świętego, potwierdzenia darów.
Poniżej kilka fotek ze stadionu. Tutaj znajdziecie wszystkie moje fotki ze stadionu.
Fot.: Maciej Drozd

Fot.: Maciej Drozd

Z Julitą, jej synkami i wolontariuszką Magdą :)
Fot.: miły człowiek

Procesja z Najświętszym Sakramentem
Fot.: Maciej Drozd

Pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie...
Fot.: Maciej Drozd
W czasie jednej z konferencji
Fot.: Maciej Drozd

Błogosławieństwo Najświętszym Sakramentem
Fot.: Maciej Drozd


Fot.: Maciej Drozd

Fot.: Maciej Drozd

Fot.: Maciej Drozd

niedziela, 19 października 2014

Nic nie jest moje!

Faryzeusze odeszli i naradzali się, jak by pochwycić Jezusa w mowie. Posłali więc do Niego swych uczniów razem ze zwolennikami Heroda, aby Mu powiedzieli: "Nauczycielu, wiemy, że jesteś prawdomówny i drogi Bożej w prawdzie nauczasz. Na nikim Ci też nie zależy, bo nie oglądasz się na osobę ludzką. Powiedz nam więc, jak Ci się zdaje? Czy wolno płacić podatek Cezarowi, czy nie?"  Jezus przejrzał ich przewrotność i rzekł: "Czemu Mnie kusicie, obłudnicy? Pokażcie Mi monetę podatkową". Przynieśli Mu denara. On ich zapytał: "Czyj jest ten obraz i napis?" Odpowiedzieli: "Cezara". Wówczas rzekł do nich: "Oddajcie więc Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga".  
Mt 22, 15-21 

Czytając ewangelię widzimy Jezusa, który wciąż jest wystawiany na próby. Jego słuchacze - uczeni w Piśmie, faryzeusze, starsi ludu, próbują za wszelką cenę i na różne sposoby ośmieszyć, skompromitować Jezusa i znaleźć przeciwko Niemu jakiś dowód. Dzisiejsza ewangelia mówi nam o podatku, który Żydzi musieli płacić na rzecz cezara. Bardzo przemyślnie wybrali zagadnienie, na którym chcieli "złamać" Jezusa. 
Tyberiusz Cezar, syn boskiego Augusta, najwyższy kapłan
Na monecie podatkowej - denarze widniał wizerunek cezara Tyberiusza i skrótowy napis: Tiberius Caesar Divi Augusti filius Augustus Pontifex Maximus". Żydzi nie chcieli, choć musieli, posługiwać się tą monetą. Wizerunek cezara i podpis, że jest on synem boskiego Augusta obrażały uczucia Żydów. Co więcej, używając tych monet, Żydzi dają komunikat, że uznają władzę Rzymu nad sobą. Natomiast wcześniejsze próby zwalczenia używania monet z wizerunkami cezarów zakończyły się niepowodzeniem. Stąd pytanie do Jezusa: "Czy wolno płacić podatek Cezarowi, czy nie?". Odpowiedź Jezusa jest jasna: "Oddajcie więc Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga".

Jezus mówi nam o zasadzie sprawiedliwości: oddać każdemu to, co się jemu należy. Każdy człowiek powinien wypełniać pewne zobowiązania wobec rodziców, rodziny, społeczeństwa czy państwa. Jako ludzie wierzący, mamy też oddać "Bogu to, co należy do Boga". Ale jak mamy oddać coś, co przecież należy do Niego, bo Bóg to stworzył. Nie mamy więc tak naprawdę niczego, co należy do nas a nie zostało nam dane od Boga. Nawet nasze prawa własnościowe i księgi wieczyste są niczym, bo przecież wszystko jest od Boga. Co więc człowiek, co ja mogę dać swojemu Bogu?

Mogę Mu oddać swoje życie, które od Niego otrzymałem, a które na skutek grzechu pierworodnego zostało Bogu "zabrane" przez świat. Jak to zrobić? Pomódl się do Ducha Świętego i w Jego mocy oddaj swoje życie Jezusowi. Proś, żeby zabrał wszystko, co należy do Niego. I pozwól, żeby to On o twoim życiu decydował. Jezus zrobi najlepszy użytek z twojego życia.  

niedziela, 12 października 2014

Wszystko gotowe

Dzisiejszy fragment ewangelii pochodzi z Ewangelii wg św. Mateusza (Mt 22, 1-14). To fragment mówiący nam o przygotowanej uczcie i zaproszonych weselnikach, którzy nie skorzystali z zaproszenia. Oczywiście znacznie wcześniej dostali zaproszenie. Teraz, gdy wszystko jest już gotowe, król posyła swoje sługi mówiąc: "Oto przygotowałem moją ucztę: woły i tuczne zwierzęta pobite i wszystko jest gotowe. Przyjdźcie na ucztę". 
Musiało być sporo jedzenia i picia, bo uczty weselne za czasów Jezusa trwały nawet siedem dni. Zaproszeni musieli się więc nastawić na długie świętowanie. Dlatego pewnie odmawiają królowi i nie przychodzą na wesele. Zlekceważyli zaproszenie, ale przede wszystkim zapraszającego. Jezus specjalnie przedstawia swoim słuchaczom przypowieść o uczcie weselnej wyprawionej przez króla, by uzmysłowić im rangę zaproszenia. Trudno jest odmówić królowi.  
W przypowieści pod figurą króla ukryty jest Bóg Ojciec, który swojemu synowi, Jezusowi wyprawia ucztę. I zaprasza na tę ucztę wszystkich ludzi, bo pragnie zbawienia wszystkich. Jako zaproszony na ucztę mogę przyjąć zaproszenie, ale mogę je również odrzucić. Trudno jednak odmówić Królowi. 
"Uczta wprawdzie jest gotowa, lecz zaproszeni nie byli jej godni. Idźcie więc na rozstajne drogi i zaproście na ucztę wszystkich, których spotkacie." Czuję się zaproszony na spotkanie z Bogiem, ale czy jestem godny? Gdy zaproszeni nie przyszli, król wysłał kolejnych posłańców i sala zapełniła się ludźmi. Zaczęło się wesele 
Kiedy pojawił się król spostrzegł gościa nie ubranego w strój weselny. Kazał go związać i wyrzucić w ciemności. Kim jest ten nie ubrany odpowiednio gość weselny? Jest nim każdy przeciwnik Jezusa, który jest przy Nim, nawet Go słucha, ale usłyszanych słów nie wprowadza w czyn. Co więcej, jest przeciwnikiem Jezusa. Bóg daje szansę każdemu, ale trzeba pójść za Nim na całość. Nie można służyć Bogu i jednocześnie być Jego przeciwnikiem.  
"Wielu jest powołanych, lecz niewielu wybranych." 

niedziela, 5 października 2014

W Winnicy Pana



 
Winnica. Dobrze znamy już ten obraz z ewangelii. Jezus porównuje Kościół do winnicy. W dzisiejszej Dobrej Nowinie czytamy o gospodarzu, który wybudował i wyposażył winnicę, a następnie oddał ją w dzierżawę rolnikom. Gdy przyszedł czas zbiorów, gospodarz wysłał swoje sługi, aby odebrali należną zapłatę. "Ale rolnicy chwycili jego sługi i jednego obili, drugiego zabili, trzeciego kamieniami obrzucili." Gospodarz nie poddał się, wysłał jeszcze więcej swoich sług, lecz i z nimi podobnie uczynili. W końcu więc wysyła do rolników swojego syna twierdząc, że jego posłuchają. Ale dla rolników syn jest wyłącznie dziedzicem. Wyrzucają go więc i zabijają. 

Jezus kończąc swoją przypowieść, słuchaczom zadaje pytanie:  "Kiedy więc właściciel winnicy przyjdzie, co uczyni z owymi rolnikami?" I dostaje odpowiedź, w której mówią, że winnicę właściciel odda w dzierżawę innym, uczciwym rolnikom, takim, którzy będą oddawali należny plon. Słuchacze spojrzeli na przypowieść tylko zewnętrznie. Ale w słowach Jezusa trzeba szukać czegoś więcej. 

Winnica w Piśmie Świętym obrazuje nam relację Boga z Narodem Wybranym. My, chrześcijanie, jesteśmy nową winnicą - Kościołem Chrystusa. Rolnicy, to my wszyscy - kolejne pokolenia dzierżawców Winnicy Pana. Sługi gospodarza, jego wysłannicy, to papież i biskupi ze swoimi współpracownikami - księżmi, diakonami, katechistami... Będąc częścią Kościoła przyjmujemy lub odrzucamy plany gospodarza - Boga. Niektórzy mówią: "Bóg tak! Kościół nie!". Ale przecież Bóg realizuje swój plan względem nas przez swój Kościół. Nie ma realizacji Bożej woli bez drogi Kościoła. 

Jakim rolnikiem jestem? Czy jestem posłuszny w kwestiach wiary? Dziś wielu ludzi i młodszych, i starszych przeciwstawia się chrześcijańskiemu stylowi życia. Nie dają rady, nie chcą żyć jak chrześcijanie. Dziś świat proponuje nam mnóstwo alternatyw, również w kwestii religii. Co trochę słychać o nowej grupie (pseudo)religijnej, w której dopuszczone jest to czy tamto. A chrześcijanie wciąż niepostępowi, zacofani. A ci, którzy uznają wartości i wymagania, jakie stawia Kościół, to katole, mohery... 

Już lepiej być katolem i moherem i osiągnąć zbawienie. Możemy więc przyjąć lub odrzucić to, co proponuje nam Kościół. Możemy też przyjąć lub odrzucić Jezusa Chrystusa, który ejst dziedzicem Gospodarza. Musi się tak stać, żeby wypełniły się słowa Pisma Świętego: "Właśnie ten kamień, który odrzucili budujący, stał się głowicą węgła. Pan to sprawił i jest cudem w naszych oczach" 

Głowica węgła, to umocnienie narożnika budynku, które chroni go przed zewnętrznymi siłami. Chrystus odrzucony przez ludzi, stał się głowicą węgła w Kościele i chroni Kościół oraz tych, którzy są w Kościele przed zewnętrznymi siłami - przed złem. 

Życzę tobie, byś był dobrym dzierżawcą w Winnicy Pana Jezusa, byś przynosił dobre, szlachetne owoce i by Chrystus, którego inni odrzucili, dla ciebie stał się mocną ochroną. Dobrego tygodnia! 

sobota, 6 września 2014

Żółta czy czerwona kartka?

Nie jestem zagorzałym fanem piłki nożnej, nie znam szczegółowo zasad gry. Ale wiem, że żółta karta to ostrzeżenie, upomnienie! A potem przychodzi czas na czerwoną, co już nie jest upomnieniem, a wydaleniem z gry! W codziennym życiu dajemy mnóstwo żółtych i czerwonych kartek, ale czy o to chodzi? 
Źródło: http://bi.gazeta.pl/im/7/3795/z3795177Q,Czerwona-kartka.jpg

Dzisiejszy fragment pochodzi z Ewangelii według św. Mateusza (Mt 18, 15-20). Jezus porusza kwestie braterskiego upomnienia. Co się dzieje w naszych sercach, gdy nasz brat, brat w wierze popełnia jakieś zło wobec nas? Zdaje się, że zazwyczaj w sercu rodzi się gniew i wyrzut: "Jak on mógł mi to zrobić?". A Jezus mówi: "idź i upomnij go w cztery oczy". Wiemy dobrze, że nie łatwo nam kogokolwiek upominać. Ale jest nam to niezwykle potrzebne, bo jak mówi Jezus, jeśli upomniany nas usłucha, to się go pozyska dla siebie. Potrzebne jest tu jednak wzajemne zaufanie i przede wszystkim zejście z własnego tronu. Upominający musi zejść z tronu, aby nie wywyższać się i swym upomnieniem nie zranić swego brata. A upomniany musi zejść z tronu i zrozumieć swój błąd, swoje złe postępowanie, zachowanie. 
 A co, jeśli brat nie posłucha mnie i mojego upomnienia? Jezus mówi, by wziąć ze sobą jeszcze jednego lub dwóch i pójść do "złego" brata grupą. Czasem trzeba, by kilka osób tej jednej mówiło to samo. I czasem ktoś posłucha tej grupy i opamięta się. I powróci z niewłaściwej drogi. 
A jeśli i tym razem mój brat nie posłucha i dalej będzie czynił zło? Wtedy już pozostaje donieść Kościołowi, a więc wspólnocie i jej przełożonym. Jeśli taki człowiek nie posłucha nawet Kościoła, to - Jezus mówi - "niech ci będzie jak poganin, jak celnik". Żydzi wyłączali takich spośród siebie, nie chcieli z nimi mieć nic wspólnego.  
Dziś tego brakuje! Mówimy sobie już po pierwszej nieudanej próbie zwrócenia uwagi, że z czasem się ktoś zmieni. I sami się tak mamimy, że ktoś się zmieni. Oj, jak często się tak oszukujemy. Trzeba więc modlić się o odwagę do upominania, ale również o to, żebyśmy potrafili przyjmować upomnienia innych. Gdy pozyskamy swojego brata i wspólnie wołać będziemy do Boga, to On da nam to, o co wspólnie i zgodnie będziemy prosić. I ostatnia dzisiejsza myśl zawarta w perykopie. "Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich" - im częściej gromadzimy się w imię Jezusa, tam dosłownie jest On sam. Przychodzi, by budować naszą jedność, naszą wspólnotę. Sami zbyt wiele nie zdziałamy, tylko, gdy jesteśmy razem, możemy mieć wszystko! 
Panie Jezu, daj nam nowe siły do budowania jedności i prawdziwej wspólnoty, gdzie będziemy wzajemnie za siebie odpowiedzialni. Daj nam więcej miłości, byśmy nie chcieli wyrzucać kogoś, kto nam zawadza, przeszkadza. Ale daj nam miłość wobec nich, byśmy w tej miłości potrafili przebaczać! 
Dobrej niedzieli i błogosławionego tygodnia!

sobota, 30 sierpnia 2014

Naśladowanie Jezusa

W perykopie biblijnej na XXII Niedzielę Zwykłą czytamy, że Jezus zapowiada swoją mękę, ale również swoje zmartwychwstanie. Konieczność takiej, a nie innej historii zbawienia, nie podoba się jednak Piotrowi, który upomina Jezusa. Piotr chciał Jezusa zwycięskiego, a widzi Go w tej rozmowie jako upadającego.

"Panie, niech Cię Bóg broni! Nie przyjdzie to nigdy na Ciebie". Bo jak to? Tak po prostu wielki Pan, Mistrz, Nauczyciel ma cierpieć i zginąć? A co ze wszystkimi cudami i znakami dokonanymi dotychczas? Co teraz z nami będzie? Przecież tak fajnie nam było. Byliśmy zapraszani na uczty, byliśmy podziwiani, mieliśmy wyrobioną markę i renomę. A tu tak po prostu mówisz Jezu, że musisz umrzeć? Chcesz nas zostawić właśnie teraz? Przecież nie poradzimy sobie bez Ciebie - zbyt mało w nas pewności siebie. I co to znaczy, że trzeciego dnia zmartwychwstaniesz? Jak to? 
"Zejdź Mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą, bo nie myślisz o tym, co Boże, ale o tym, co ludzkie". Piotrze, czy ty się nie pomyliłeś? Czyż za mało do was mówiłem, że tak musi się stać? Zejdź mi z oczu, idź za Mną, znaj swoje miejsce. Ja Jestem Pan i nie ma innego! Zaufaj a żyć będziesz! Piotrze, przecież tak długo jesteś przy Mnie, a teraz Mnie upominasz? Nie zatrzymuj Mnie, bo pragnę swoje życie oddać za ciebie i każdego człowieka. Piotrze, ty idź za Mną! To ja Jestem twoim Panem, Mistrzem i Nauczycielem. Jeśli chcesz pójść za Mną, posłuchaj Mnie do końca. 
Pierwszy rzut oka na słowa Jezusa snuje nam domysł, że On tylko gani Piotra. Ale kiedy czytamy kolejne wersety ukazuje się sens dzisiejszego fragmentu. W przekładzie greckim czy łacińskim Pisma Świętego doszukujemy się innego tłumaczenia odpowiedzi Jezusa skierowanej do Piotra. Piotr musiał usłyszeć "idź za Mnie, idź za Mną", co nabiera sensu z kolejnymi wersetami.  
"Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje." 
Jezus stawia więc warunki, jakie trzeba spełnić, by być Jego uczniem. Są to tylko (a może aż) trzy warunki. Pierwszy: zaprzeć się samego siebie! To nic innego jak wciąż rezygnować z siebie, ze swoich pomysłów, ze swoich "upomnień" Boga. Drugi: brać swój krzyż. Trudno zgodzić się na cierpienie, na trudności. Ale cierpliwe znoszenie cierpień owocuje. Sumienne wykonywanie swoich codziennych obowiązków skutkuje błogosławieństwem. I trzeci warunek: naśladowanie Pana! To ciągłe chodzenie w obecności Boga, ciągłe realizowanie miłości bliźniego, niejednokrotnie niełatwej. Dopiero, gdy spełnimy te trzy warunki, możemy powiedzieć o sobie, że jesteśmy uczniami Jezusa. Tymi, którzy chcą tracić siebie i swoje życie, by odnieść duchowy sukces. "Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł? Albowiem Syn Człowieczy przyjdzie w chwale Ojca swego razem z aniołami swoimi, i wtedy odda każdemu według jego postępowania". 
Panie Jezu, gdy przyjdziesz w chwale, wezwij mnie, z moimi czynami. Patrz, proszę Cię, tylko na to, co było realizacją miłości. Niech moje dobre czyny wychodzą Tobie na spotkanie. 
Błogosławionej Niedzieli!

wtorek, 22 lipca 2014

Powierz Panu swój problem, a On będzie działał

Czasem człowiek nie daje już rady. Różnego rodzaju problemy przygniatają go coraz to bardziej i bardziej, i bardziej... Niejednokrotnie nie radzimy sobie z naszymi trudnościami i problemami, z naszymi słabościami. A i nie rzadko bywa tak, że twierdzimy (przed innymi), że wszystko u nas w porządku, że nie mamy zmartwień, a nasz smutek to z niewyspania. Oszukujemy nie tylko drugiego człowieka, ale oszukujemy przede wszystkim samych siebie. Stając przed lustrem sami do siebie mówimy: "Wszystko ze mną w porządku. Nie mam dziś żadnych zmartwień". Czy tak naprawdę tego chcemy? Czy chcemy nie mieć zmartwień? Może i chcemy, ale nic nie robimy, żeby sobie z nimi poradzić. Wciąż "kisimy się" w oszukiwaniu/okłamywaniu samych siebie i innych, że wszystko dobrze. A w rzeczywistości od środka zżera nas nasz problem. Czasem powoli, delikatnie, bo jest mały. A czasem bardzo szybko, bo wpadliśmy w niego po szyję i wciąga nas bardziej z każdą sekundą.
Skoro chcę zmiany samego siebie i pozbycia się swoich problemów, muszę najpierw nazwać je po imieniu, a potem najlepiej skonfrontować te problemy z innymi ludźmi... I co? Okazuje się, że wcale nie jest z tobą tak źle? Ale nie popadaj w pychę, nie wywyższaj się, że twój problem jest mały. Skoncentruj się na samym fakcie, że on jest. A teraz znajdź kogoś, kto ci pomoże rozwiązać twoje troski. Nie idź od razu do psychiatry czy psychologa. Najpierw spróbuj u Jezusa - On jest najlepszym Lekarzem. I na pewno pomoże! Już ci pomógł, kiedy oddał swoje życie na krzyżu za ciebie. Jest tylko jeden warunek, który należy spełnić. Trzeba bezgranicznie Mu zaufać. To znaczy swój los, swoje życie złożyć w Jego rękach. Jest to trudne! Cholernie trudne! Ale konieczne, żeby przeprowadził cię przez największe problemy.
Możesz mówić sobie i innym, że nie masz problemów, nie masz kłopotów, że nic się nie dzieje i nie przeżywasz żadnych trudności. Możesz mówić, że twoje życie idzie gładko. Ale Jego nie oszukasz, nigdy i w żaden sposób. On zna cię lepiej niż ty sam siebie znasz. Wiesz o sobie tylko tyle, co było i co jest. On wie więcej, bo wie co będzie. I choć sami decydujemy o sobie, bo przecież mamy wolną wolę, to i tak cokolwiek byśmy nie zaplanowali sobie, On już wie, co się stanie. Normalnie szok! Ale taki jest Bóg. Jest bliżej ciebie, niż sobie zdajesz z tego sprawę. Jeśli próbujesz coś ukryć - to uda się to tylko ukryć przed drugim człowiekiem, ale nigdy nie ukryjesz się przed Bogiem. Chcesz zgrzeszyć tak, żeby Bóg nie widział? Nie da się! On cię zawsze i wszędzie widzi. A co najważniejsze - nie męczy się tobą w ogóle. Nie ma dla Niego nic nudnego w twoim życiu, co więcej, wszystko co się dzieje u ciebie, jest dla niego źródłem do tego, by jeszcze bardziej cię kochać. A jeśli upadniesz, by cię podnieść, wybaczyć i dalej prowadzić. Zawsze, bez wyjątku. Ogromna miłość Ojca to sprawiła. Bóg jest miłością. Bóg mnie kocha! Bóg kocha ciebie! Bóg chce cię kochać każdego dnia. On kocha tu i teraz. Uświadom to sobie, zanim znów powiesz, ile to masz problemów. I o problemach mów Bogu. On będzie cię uzdrawiał. Jezus chce cię dziś wyleczyć, chce cię uzdrowić. Czy pozwolisz mu na to? Czy znajdziesz chwilę czasu, aby Jezusowi oddać swój problem? Czy znajdziesz chwilę, by zawierzyć Mu siebie? Jeśli tak, odmów tę poniższą modlitwę.

Panie Jezu, staję w twojej obecności pewny, że jesteś tuż obok mnie. Jesteś przy mnie jako mój najbliższy przyjaciel. Jesteś we mnie. Znasz mnie doskonale, wiesz jaki jestem. Znasz moje mocne strony, znasz moje talenty, charyzmaty. Znasz moje piękno, bo w Twoich oczach zawsze jestem piękny! Przed Tobą nie muszę udawać kogoś innego! Nie muszę grać, stawać się w oczach braci kimś lepszym, silniejszym, mocniejszym. Nie muszę idealizować swojego obrazu, bo Ty wiesz jaki jestem. Znasz moje wady, słabości, moje grzechy. Znasz moje zranienia i problemy. Znasz moje nieuporządkowane relacje i chcesz je wszystkie uzdrowić. Chcesz zabrać moje wszystkie problemy i troski. Mówisz mi, Panie, że mnie kochasz, że jestem Twoim cudem. Proszę Cię, Panie wypełnił mnie swoją łaską, zabierając to wszystko, co mnie od Ciebie oddala. Zabieraj, Panie wszystko, co nie pozwala mi rzucić się w Twoje ramiona. Zabieraj zranienia, które zadali mi inni, przez co nie potrafię kochać bliźnich. Zabieraj problemy, które mnie przytłaczają. Zabieraj nawet te najmniejsze, które pozbawiają mnie mojej godności, bo nie umiem sobie z nimi sam poradzić. Zabieraj wszystko, co przeszkadza mi być blisko Ciebie. Tobie Panie, chcę zawierzyć moje życie. Moją przeszłość - byś ją uzdrowił. Moje teraz - byś mi błogosławił. Moje jutro - byś mnie strzegł. Tobie zawierzam wszystkich ludzi, których spotykam na mojej drodze życia i proszę Cię, Panie mój, bym nie zrzucał na nich swoich problemów, ale bym oddawał je Tobie. Mocno wierzę i ufam, Panie, że Ty sam chcesz to wszystko uzdrowić, chcesz to zabrać, bym znów cieszył się godnością dziecka Bożego! Panie w Twoje imię mówię moim problemom, troskom, zranieniom, grzechom - precz! Błogosławiony jestem w Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Amen.

czwartek, 26 września 2013

Spotkanie z ks. Jarosławem Cieleckim

Msza św. z modlitwą o uzdrowienie
przez wstawiennictwo św. Charbela



przewodniczy: ks. prał. Jarosław Cielecki
dyrektor Vatican Service News z Rzymu

10 października 2013 r.
kościół p.w. Św. Michała Archanioła
w Świebodzinie

1700 Nabożeństwo oczekiwania (modlitwa różańcowa)
1745 powitanie
1800 Eucharystia
Adoracja Najświętszego Sakramentu i błogosławieństwo
- modlitwa o uzdrowienie przez wstawiennictwo św. Charbela
- namaszczenie olejem św. Charbela


Podczas spotkania możliwość zakupu filmu autorstwa ks. J. Cieleckiego
„Liban, Ziemia Świętych”

Matka Boża Niegowicka "Dobrego Początku"
Obraz Matki Bożej Wniebowziętej w Niegowici ma 400 lat – jego kopia nieco ponad pięć. 19 marca 2008 roku pobłogosławił ją w Watykanie Ojciec Święty Benedykt XVI – to wówczas, podróżą do Polski, rozpoczęło się pielgrzymowanie niegowickiego wizerunku.
Podczas tej pierwszej podróży nawiedził on wiele parafii w południowej Polsce. Modlono się przy nim na szczycie Kasprowego Wierchu i pod ziemią – w wielickiej kopalni. Był w Łagiewnikach i w Bielsku Białej, Gdowie, Staniątkach, Niepołomicach…
Ale przed tym obrazem modlili się także Włosi, Austriacy, a w Medjugorje - mieszkańcy i pątnicy z różnych krajów. Przemierzył tysiące kilometrów, pielgrzymując po parafiach całych Włoch – Rzymu, Turynu, Neapolu. Przyjmowano go w górach i nad morzem, w Watykanie i małych, wiejskich kościołkach, w szpitalach i mieszkaniach. I wszędzie odmawiano specjalną modlitwę, którą ułożył kard. Angelo Comastri, wszędzie witano Maryję z jednakową czcią, nieraz czuwając przy obrazie całą noc, proszono o łaski i otrzymywano je. Są już nawet przypadki uzdrowień.
Obraz przewożony był pociągami, autokarami, samochodami, a nawet kolejkami linowymi i skuterem. W tych wędrówkach towarzyszył mu zawsze ks. Jarosław Cielecki, który zamówił kopię niegowickiego wizerunku u krakowskiej malarki Ewy Gadnickiej-Włodarczyk i postawił sobie za cel propagowanie kultu Matki Bożej z Niegowici. Chciał też pokazać światu obraz, przed którym modlił się na początku swej kapłańskiej drogi ks. Karol Wojtyła – papież Jan Paweł II. Nazywa ten wizerunek Maryi Matką Bożą Dobrego Początku – to określenie „Buono Inizio” przyjęło się już wśród wiernych.